Jeszcze na dobre się nie zaczął, a już wieszczą jego koniec. Mowa oczywiście
o kryzysie, który dotychczas tak naprawdę jakoś szczególnie nie dał się we znaki nam, zwykłym obywatelom. W sklepach jest pod dostatkiem towarów, na stacjach benzynowych wciąż leje się paliwo. Owszem, ludzie tracą pracę lub nie mogą jej znaleźć, firmy mają mniej zamówień, ale ogólnie sytuacja wydaje się normalizować. Nieprzypadkowo w pierwszym zdaniu mojego rozważania użyłem słowa „wieszczą”, odnoszę bowiem wrażenie, że to, co faktycznie ma miejsce, a to jakiego rodzaju informacje trafiają do tak zwanych środków masowego przekazu, to dwie różne sprawy. Ludzie odpowiedzialni za globalny już w tej chwili przekaz informacji kreują niejako – a przynajmniej tak im się wydaje – ogólnoświatową rzeczywistość. Coraz częściej pojawiają się też opinie, że ktoś ten kryzys wywołał, ktoś na nim zarabia, że to pewnie jakaś nieznana siła (bo przecież nie rządy poszczególnych państw, które robią wszystko, by go zażegnać), próbuje tym wszystkim manipulować.
Zostawmy jednak te teorie spiskowe, bo mogłoby to wywołać w nas zbyt pesymistyczne wizje. Wszak Pismo Święte, które posiadamy, jeżeli tylko do niego sięgniemy, potrafi namalować przed nami obraz o wiele bardziej pogodny, a jednocześnie najbardziej realny z realnych. Ot, chociażby fragment z Księgi Proroka Izajasza 44:2,8: „Tak mówi Pan, który cię uczynił i ukształtował w łonie matki, który cię wspomaga: Nie bój się, mój sługo, ... Nie trwóżcie się i nie lękajcie się! Czy wam tego już dawno nie opowiedziałem i nie zwiastowałem? I wy jesteście moimi świadkami. Czy jest bóg oprócz mnie? Nie, nie ma innej opoki, nie znam żadnej”.
Próbowałem sobie ostatnio odpowiedzieć na dwa proste pytania. Pierwsze, to: Czym dzisiaj żyje świat? A drugie: Czym dzisiaj żyje kościół?
Mam wrażenie, że na pierwsze z nich każdy potrafi z łatwością odpowiedzieć. Jesteśmy przecież na tym świecie, żyjemy wśród ludzi, wiemy o czym rozmawiają, jakie wymieniają miedzy sobą uwagi, jak komentują rzeczywistość. Wiemy, że podczas codziennego zabiegania często narzekają, obmawiają innych, krytykując wszystko i wszystkich. O tak, mamy w Polsce najlepszych krytyków. W naszym najbliższym otoczeniu każdy z nas potrafi znaleźć wielu doskonałych „znawców” prawa, polityki, gospodarki, medycyny i kilku innych dziedzin, którzy bez ogródek potrafią wytykać komuś błędy. Zainteresowanie ludzi tego świata skupia się na tym, co dzieje się tu i teraz, a najchętniej, jak sądzę, byłoby ograniczone do tego, co dotyczy ich osobistych spraw. Nie zauważyłem również, by zbytnio troszczyli się o to, co stanie się w przyszłości, nie mówiąc o kwestii, która nazywa się wieczność. Dla większości z nich to pojęcie abstrakcyjne.
A jak wygląda to w kościele? Szczera odpowiedź na drugie pytanie nie wydaje
się już taka prosta i oczywista. Problemem jest chyba świadomość tego, że powinno być nieco inaczej, niż w świecie. Gdy stawiam sobie to pytanie, bo przecież jestem cząstką żywego kościoła, to muszę przyznać sam przed sobą, że tak naprawdę niewiele mnie wyróżnia. Podobnie, jak wszyscy inni też biorę udział w rozmowach o kryzysie, potrafię to i owo skrytykować... Owszem, uczestniczę w nabożeństwach, słucham ewangelii, a to musi przecież determinować moje zachowanie i myślenie, bo „dobra nowina” przyjęta do serca ma moc zmieniać życie człowieka. Zastanawiam się, na ile mnie zmieniła? Pewnie na tyle, na ile Bogu na to pozwoliłem. A czy zmienia mnie nadal? Wiem, że Bóg chce, abym patrzył na otaczającą mnie rzeczywistość przez pryzmat zbawienia i z Jego perspektywy, bo to pozwoli mi odpowiednio ocenić aktualną sytuację i prawidłowo rozpoznać czas, w którym żyję. Apostoł Piotr mówi: „Wiedzcie przede wszystkim to, że w dniach ostatecznych przyjdą szydercy z drwinami, którzy będą postępować według swych własnych pożądliwości i mówić: Gdzież jest przyobiecane przyjście jego? Odkąd bowiem zasnęli ojcowie, wszystko tak trwa, jak było od początku stworzenia” (2 List św. Piotra 3:3-4). Czym żyje świat? On mówi: Nic szczególnego się nie dzieje. Kryzys – to normalne. Był już jeden wielki, w latach trzydziestych ubiegłego stulecia, a potem jeszcze parę mniejszych. Wszystko jest pod kontrolą. Poradzimy sobie. I powoli ja, człowiek myślący i wierzący, członek żywego organizmu, jakim jest kościół zaczynam też tak myśleć. Aż boję się wypowiedzieć to słowo, ale czy przypadkiem nie zapadłem w drzemkę?
Z morza informacyjnego szumu wyławiam dawne słowa śp. Dawida Wilkersona, amerykańskiego kaznodziei, który zabrał głos w sprawie tego, co dzieje się na świecie. Jego prorocze przesłanie mówi o mającym wkrótce nastąpić ogólnoświatowym krachu ekonomicznym, którego efektem będzie panika, chaos, eskalacja zła i negatywnych zachowań mieszkańców całej ziemi. Nie są to słowa przez niego wymyślone, znajduję je w Biblii, tylko czy chcę przyznać mu rację i podobnie jak on oczekiwać wypełnienia się ich w najbliższej przyszłości? Przecież odkąd pamiętam mówi się o tym, że żyjemy w czasach ostatecznych. Wbrew pozorom ciągłe powtarzanie tego stwierdzenia, zamiast mobilizacji może wywołać efekt osłabienia czujności.
Muszę przyznać, że mnie osobiście analiza wypowiedzi pastora Wilkersona w świetle Pisma Świętego skłania do szerszego otwierania oczu. Jest to swoiste ostrzeżenie przed czymś, co podobnie jak ból porodowy lub nocny złodziej przychodzi nagle. Zapowiedź wydarzeń, których powinienem spodziewać się w każdej chwili. Jeżeli więc oczekuję na spotkanie z Jezusem, powinno to być dla mnie znakiem, którego w żadnym wypadku nie mogę zbagatelizować. Mam też Pismo Święte, które jest dla mnie drogowskazem i zachętą. Bóg przez usta proroka mówi, że wielcy tego świata nie są w stanie zmienić Jego postanowienia, a ci, którzy do Niego należą oglądać będą Jego wybawienie. „Srożcie się, ludy, i drżyjcie! Przysłuchujcie się uważnie, wszyscy dalecy mieszkańcy ziemi, przepaszcie się i drżyjcie, przepaszcie się i drżyjcie! Obmyślcie plan, lecz będzie on udaremniony, postanówcie coś - a to się nie stanie, gdyż z nami Bóg” (Księga Izajasza 8:9-10). Dla mnie, jako cegiełki w kościele, nie powinno być tak ważne to, ile prowiantu w postaci wody i konserw zdołam zgromadzić w mojej piwnicy, by zabezpieczyć się na tak zwany wszelki wypadek. Jeżeli już mam zapaść w drzemkę, a z przypowieści Pana Jezusa o dziesięciu pannach wynika, że jest to niestety przesądzone, to najpierw powinienem zadbać o to, by zaopatrzyć się w odpowiedni zapas oliwy do mojej duchowej lampy. By mogła jasno świecić od momentu, w którym usłyszę okrzyk: „Oblubieniec idzie!” I nie zgasnąć aż do rzeczywistego z Nim spotkania.
o kryzysie, który dotychczas tak naprawdę jakoś szczególnie nie dał się we znaki nam, zwykłym obywatelom. W sklepach jest pod dostatkiem towarów, na stacjach benzynowych wciąż leje się paliwo. Owszem, ludzie tracą pracę lub nie mogą jej znaleźć, firmy mają mniej zamówień, ale ogólnie sytuacja wydaje się normalizować. Nieprzypadkowo w pierwszym zdaniu mojego rozważania użyłem słowa „wieszczą”, odnoszę bowiem wrażenie, że to, co faktycznie ma miejsce, a to jakiego rodzaju informacje trafiają do tak zwanych środków masowego przekazu, to dwie różne sprawy. Ludzie odpowiedzialni za globalny już w tej chwili przekaz informacji kreują niejako – a przynajmniej tak im się wydaje – ogólnoświatową rzeczywistość. Coraz częściej pojawiają się też opinie, że ktoś ten kryzys wywołał, ktoś na nim zarabia, że to pewnie jakaś nieznana siła (bo przecież nie rządy poszczególnych państw, które robią wszystko, by go zażegnać), próbuje tym wszystkim manipulować.
Zostawmy jednak te teorie spiskowe, bo mogłoby to wywołać w nas zbyt pesymistyczne wizje. Wszak Pismo Święte, które posiadamy, jeżeli tylko do niego sięgniemy, potrafi namalować przed nami obraz o wiele bardziej pogodny, a jednocześnie najbardziej realny z realnych. Ot, chociażby fragment z Księgi Proroka Izajasza 44:2,8: „Tak mówi Pan, który cię uczynił i ukształtował w łonie matki, który cię wspomaga: Nie bój się, mój sługo, ... Nie trwóżcie się i nie lękajcie się! Czy wam tego już dawno nie opowiedziałem i nie zwiastowałem? I wy jesteście moimi świadkami. Czy jest bóg oprócz mnie? Nie, nie ma innej opoki, nie znam żadnej”.
Próbowałem sobie ostatnio odpowiedzieć na dwa proste pytania. Pierwsze, to: Czym dzisiaj żyje świat? A drugie: Czym dzisiaj żyje kościół?
Mam wrażenie, że na pierwsze z nich każdy potrafi z łatwością odpowiedzieć. Jesteśmy przecież na tym świecie, żyjemy wśród ludzi, wiemy o czym rozmawiają, jakie wymieniają miedzy sobą uwagi, jak komentują rzeczywistość. Wiemy, że podczas codziennego zabiegania często narzekają, obmawiają innych, krytykując wszystko i wszystkich. O tak, mamy w Polsce najlepszych krytyków. W naszym najbliższym otoczeniu każdy z nas potrafi znaleźć wielu doskonałych „znawców” prawa, polityki, gospodarki, medycyny i kilku innych dziedzin, którzy bez ogródek potrafią wytykać komuś błędy. Zainteresowanie ludzi tego świata skupia się na tym, co dzieje się tu i teraz, a najchętniej, jak sądzę, byłoby ograniczone do tego, co dotyczy ich osobistych spraw. Nie zauważyłem również, by zbytnio troszczyli się o to, co stanie się w przyszłości, nie mówiąc o kwestii, która nazywa się wieczność. Dla większości z nich to pojęcie abstrakcyjne.
A jak wygląda to w kościele? Szczera odpowiedź na drugie pytanie nie wydaje
się już taka prosta i oczywista. Problemem jest chyba świadomość tego, że powinno być nieco inaczej, niż w świecie. Gdy stawiam sobie to pytanie, bo przecież jestem cząstką żywego kościoła, to muszę przyznać sam przed sobą, że tak naprawdę niewiele mnie wyróżnia. Podobnie, jak wszyscy inni też biorę udział w rozmowach o kryzysie, potrafię to i owo skrytykować... Owszem, uczestniczę w nabożeństwach, słucham ewangelii, a to musi przecież determinować moje zachowanie i myślenie, bo „dobra nowina” przyjęta do serca ma moc zmieniać życie człowieka. Zastanawiam się, na ile mnie zmieniła? Pewnie na tyle, na ile Bogu na to pozwoliłem. A czy zmienia mnie nadal? Wiem, że Bóg chce, abym patrzył na otaczającą mnie rzeczywistość przez pryzmat zbawienia i z Jego perspektywy, bo to pozwoli mi odpowiednio ocenić aktualną sytuację i prawidłowo rozpoznać czas, w którym żyję. Apostoł Piotr mówi: „Wiedzcie przede wszystkim to, że w dniach ostatecznych przyjdą szydercy z drwinami, którzy będą postępować według swych własnych pożądliwości i mówić: Gdzież jest przyobiecane przyjście jego? Odkąd bowiem zasnęli ojcowie, wszystko tak trwa, jak było od początku stworzenia” (2 List św. Piotra 3:3-4). Czym żyje świat? On mówi: Nic szczególnego się nie dzieje. Kryzys – to normalne. Był już jeden wielki, w latach trzydziestych ubiegłego stulecia, a potem jeszcze parę mniejszych. Wszystko jest pod kontrolą. Poradzimy sobie. I powoli ja, człowiek myślący i wierzący, członek żywego organizmu, jakim jest kościół zaczynam też tak myśleć. Aż boję się wypowiedzieć to słowo, ale czy przypadkiem nie zapadłem w drzemkę?
Z morza informacyjnego szumu wyławiam dawne słowa śp. Dawida Wilkersona, amerykańskiego kaznodziei, który zabrał głos w sprawie tego, co dzieje się na świecie. Jego prorocze przesłanie mówi o mającym wkrótce nastąpić ogólnoświatowym krachu ekonomicznym, którego efektem będzie panika, chaos, eskalacja zła i negatywnych zachowań mieszkańców całej ziemi. Nie są to słowa przez niego wymyślone, znajduję je w Biblii, tylko czy chcę przyznać mu rację i podobnie jak on oczekiwać wypełnienia się ich w najbliższej przyszłości? Przecież odkąd pamiętam mówi się o tym, że żyjemy w czasach ostatecznych. Wbrew pozorom ciągłe powtarzanie tego stwierdzenia, zamiast mobilizacji może wywołać efekt osłabienia czujności.
Muszę przyznać, że mnie osobiście analiza wypowiedzi pastora Wilkersona w świetle Pisma Świętego skłania do szerszego otwierania oczu. Jest to swoiste ostrzeżenie przed czymś, co podobnie jak ból porodowy lub nocny złodziej przychodzi nagle. Zapowiedź wydarzeń, których powinienem spodziewać się w każdej chwili. Jeżeli więc oczekuję na spotkanie z Jezusem, powinno to być dla mnie znakiem, którego w żadnym wypadku nie mogę zbagatelizować. Mam też Pismo Święte, które jest dla mnie drogowskazem i zachętą. Bóg przez usta proroka mówi, że wielcy tego świata nie są w stanie zmienić Jego postanowienia, a ci, którzy do Niego należą oglądać będą Jego wybawienie. „Srożcie się, ludy, i drżyjcie! Przysłuchujcie się uważnie, wszyscy dalecy mieszkańcy ziemi, przepaszcie się i drżyjcie, przepaszcie się i drżyjcie! Obmyślcie plan, lecz będzie on udaremniony, postanówcie coś - a to się nie stanie, gdyż z nami Bóg” (Księga Izajasza 8:9-10). Dla mnie, jako cegiełki w kościele, nie powinno być tak ważne to, ile prowiantu w postaci wody i konserw zdołam zgromadzić w mojej piwnicy, by zabezpieczyć się na tak zwany wszelki wypadek. Jeżeli już mam zapaść w drzemkę, a z przypowieści Pana Jezusa o dziesięciu pannach wynika, że jest to niestety przesądzone, to najpierw powinienem zadbać o to, by zaopatrzyć się w odpowiedni zapas oliwy do mojej duchowej lampy. By mogła jasno świecić od momentu, w którym usłyszę okrzyk: „Oblubieniec idzie!” I nie zgasnąć aż do rzeczywistego z Nim spotkania.
Bogusław Haręża